piątek, 30 grudnia 2011

Postanowienia noworoczne

     Jako że rok 2011 powoli odchodzi w niepamięć, a ja nie jestem świadoma tego, co przeczytałam przez te dwanaście miesięcy (tak wiem, Alzhaimer zaawansowany), to postanowiłam stworzyć listę tego, co zamierzam w nadchodzącym - 2012r. - osiągnąć. Oczywiście, zapewne połowa z tych planów skończy się fiaskiem, ale co tam, warto spróbować. Może chociaż jedna trzecia marzeń doczeka ziszczenia?



     Oto lista postanowień noworocznych:
1. Codziennie pisać 4 str., a do końca 2012r. ukończyć powieść.
2. Przeczytać minimum 60 książek - tylko tyle ze względu na moje nieumiejętne rozporządzanie czasem.
3. Nauczyć się w stopniu co najmniej podstawowym rosyjskiego, francuskiego, łaciny oraz esperanto. Przy okazji wypadałoby poprawić niemiecki, chociaż nienawidzę tego języka.
4. Pójść na egzaminy z rysunku - a nuż dla własnej satysfakcji się dostanę, chociaż nie wiążę z tym przyszłości, raczej malowanie stanowi odskocznię od codziennych problemów, dokładnie jak pisanie i czytanie.
5. Stać się lepszym człowiekiem, tj. mniej melancholijnym, czy przestać odczuwać melankolię, jak napisałby Sienkiewicz.
6. Przeczytać wszystkie powieści klasyczne.
7. Zacząć w końcu czytać książki w oryginale - to już można uznać do zaliczonych, chociaż jeden rozdział to chyba za mało.
8. Nie gubić kluczy od domu i zeszytów, które później znajduję na swoim miejscu - słowo daję, te przedmioty ode mnie uciekają, a potem ponownie, szydząc, ukazują się na półkach.
9. Zrozumieć w końcu królową nauk - czemu umiem fizykę, a z matematyki jestem co tu dużo mówić, matołem?
10. Nie jeść tyle słodyczy, lecz jak tu się powstrzymać, kiedy rodzina z pogardliwym uśmieszkiem zajada się przed twoimi złaknionymi oczyma ciastkami.
11. Zawsze mieć czas, co w moim wykonaniu równoznaczne jest ze wstawaniem o piątej rano i siedzeniem do wieczora nad książkami - serdecznie dziękuję, droga szkoło. :)
12. Wynaleźć trwały lek na bezsenność i przetestować go na sobie.
13. Zorganizować książkowy konkurs na blogu. 

     Uf, trochę się tego nazbierało. Chwila, czy tych postanowień nie jest trzynaście? Nie ma co, nawet Nowy Rok przywitam z pechową liczbą. :) A co mi tam, przynajmniej będzie oryginalny. Zastanawiacie się zapewne, czemu zamieściłam tu tę listę. Otóż, uczyniłam to dlatego, żeby nie skończyło się tak samo jak w minionym, tzn. jeszcze trwa, ale niedługo, roku i nie wmawiała sobie, że gdzieś zapodziałam kartkę i nie pamiętam, co na niej zapisałam. Teraz tak łatwo nie będzie - mówię do ciebie, mnie z przyszłości. Powołuję was za świadków - jakkolwiek to brzmi - oraz obiecuję, chociaż nie lubię rzucać słów na wiatr, że postaram się spełnić powyższe warunki, aby w grudniu 2012 powiedzieć sobie, że osiągnęłam to, co chciałam. Ha, marzenie ściętej głowy - kolejny raz próbuję krążyć wokół tematu, mówiąc, że postaram się. Zatem Z R O B I Ę to. 

     A wy co byście chcieli osiągnąć w nadchodzącym roku? To samo, co w przeszłym, czy dochodzą jakieś nowe priorytety? :)

środa, 28 grudnia 2011

Jakow Rapoport - Ostatnia zbrodnia Stalina/ 1953: Spisek lekarzy kremlowskich

Autor: Jakow Rapoport
Tytuł: Ostatnia zbrodnia Stalina/ 1953: Spisek lekarzy kremlowskich
Wydawnictwo: Inst. Wyd. Erica
Ilość stron: 392

     Od dłuższego czasu miałam ochotę przeczytać Spisek lekarzy kremlowskich. Zazwyczaj próby sięgnięcia po tę książkę kończyły się fiaskiem - a to z powodu nawału obowiązków albo zwyczajnego zmęczenia. Jednakże kiedy wczoraj sięgnęłam po dzieło Jakowa Rapoporta, nie mogłam się oderwać od tej pozycji. Nie mówię tu tylko o tematyce, która sama w sobie jest intrygująca, ale do wkradania się w świat ZSRR. Na początku miałam niejakie obawy, czy wywód patologa będzie dla mnie zrozumiały - wszak mógł nadużywać nieznanego mi słownictwa - ale one minęły równie szybko, a po chwili zaczęłam zagłębiać się w ciekawą lekturę.

     Właściwą fabułę poprzedza rozległy wstęp napisany przez córkę autora, Jakowa Rapoporta, Natalię Rapoport. Przyznam, iż od samego początku jej wspomnienia zrobiły na mnie wrażenie. Na początku czternastolatce towarzyszyło zdziwienie; a to, że pokój jest tak mozolnie penetrowany, a to, że pracodawczyni matki może być aż tak apodyktyczną kobietą. Podążałam wraz z Natalią w gąszcz mroku, strach, kiedy nie przyjęto paczki dla ojca po tym, gdy trafił w ręce przeciwników, co mogło oznaczać tylko jedno - śmierć. Autorka nie próbowała tu kolorować prawdy, nie wsławiała się swym cierpieniem, lecz opisała je w zaledwie kilku słowach. Zgoła nie przepadam za krótkimi opisami, lecz tu wydawały się czymś naturalnym. Najlepiej istotę cierpienia p. Natalii oddaje poniższy cytat:

     Dni się ciągnęły - ponure, puste ciemne. (...) Rozumiecie? Nie morderca, nie potwór, nie najgorsza szumowina - lecz profesor. I żył!*

     Relacje są wzbogacone intrygującymi zdjęciami, na których możemy obejrzeć rodzinę Rapoporta. Widać więzi między nimi, więc tym bardziej ponure dni - jak określiła córka pisarza - jawiły nam się jako o wiele bardziej pełne cierpienia. Co innego czytać o uczuciach łączących poszczególnych członków rodziny, a co innego ujrzeć na własne oczy miłość, jaką do siebie pałali. W największe rozrzewnienie wprawiła mnie fotografia przedstawiająca "lekarzy-morderców"

     Spisek lekarzy kremlowskich opowiada o spisku 11 lekarzy, którzy mieli za zadanie niewłaściwie leczyć Stalina. O tych praktykach miała powiadomić 13 stycznia 1953 r. gazeta "Prawda". Wielu z nas zapewne posiada już pewne informacje o tym precedensie, więc postaram się przytoczyć to, co przeczytałam w dziele Jakowa i zrobiło na mnie wrażenie. Ponoć zaczęto doszukiwać się kosmopolityzmu w twórczości artystów. Między innymi poematem E. Bagrickiego, Duma o Opanasie, miał być Żyd - Józef Kogan, zaś w Dniu wtórnym Erenburga doszukiwano się nazbyt wielu obco brzmiących nazwisk. Nie wyobrażam sobie tego, że sztukę szturmowali jej przeciwnicy, przecież wówczas pozbawiało jej się znaczenia, choć w niektórych przypadkach mogła zyskiwać nowe - okryte chwałą i cierpieniem.

     Reasumując, nie pozostaje wam nic innego jak sięgnąć po dzieło Jakowa Rapoporta. Gwarantuję, iż niezmiernie szybko je przeczytacie oraz że zostanie w waszej pamięci na dłuższy czas. Na mnie opowieść o spisku lekarzy zrobiła wielkie wrażenie i z pewnością jeszcze za kilka lat odświeżę pamięć, ponownie zagłębiając się w lekturze. Póki co nie pozostaje mi nic innego jak przytoczyć cytat, oddający kwintesencję i pośredni powód stworzenia dzieła przez patologa: Niech pamiętają o nich ci, którzy przeżyli! Pomogą im pogodzić się z przeszłością...*

* wszystkie cytaty pochodzą z Ostatniej zbrodni Stalina J. Rapoporta


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Inst. Wyd. Erica, za co serdecznie dziękuję.

sobota, 24 grudnia 2011

Emily Diamand - Okup drapieżców

Autor: Emily Diamand
Tytuł: Okup drapieżców
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 452

     Po Okup drapieżców sięgnęłam całkowicie bezwolnie. W jednej chwili trzymałam w dłoni kubek z poranną herbatą, a w drugiej melancholijnie przewracałam strony powieści. To trzeci raz w ciągu ostatnich tygodni, kiedy doszczętnie poświęciłam się lekturze. Muszę przyznać, że przy prozie Emily Diamand potrafiłam odpocząć od codziennego zgiełku i choć na chwilę przenieść się do innego świata - tak odmiennego w codziennej szarości.

     Akcja Okupu drapieżców rozgrywa się na kilku płaszczyznach; jedną z nich jest wioska, z której wywodzi się główna bohaterka; drugą Londyn; zaś trzecią kwatera tytułowych drapieżców. Preludium powieści staje się moment, kiedy babcia Lily zostaje zabita, a mieszkańcy niewielkiej mieściny są wzięci za zdrajców. Większość z nich wyprawia się na bitwę. Nie czynią tego jednak z własnej woli, lecz są przymuszeni przez pewnego mężczyznę, albowiem w tym samym czasie ginie córka możnego człowieka, Alexandra. Po kilku niesprzyjających wydarzeniach, Lily postanawia udać się prosto w ramiona wroga, wioząc ze sobą tytułowy okup drapieżców. Czytelnik w tym czasie może brać udział w niespodziewanych zwrotach akcji, śledzić wydarzenia coraz bardziej złaknionymi oczyma, aby dojść do momentu kulminacyjnego, który być może będzie zgodny z jego początkowymi koncepcjami.

     Przez dzieło E. Diamand wzrok wręcz przepływa przez słowa. Jest to książka z gatunku tych, których lektura nam nie ciąży, możemy skupić się na wydarzeniach całkowicie, nie bacząc na trudne sformułowania bądź zdania wielokrotnie złożone. Z pewnością to przypadnie do gustu osobom, oczekującym od powieści chwili na oddech oraz zapomnienia codziennych trudów. Również tym starszym czytelnikom Okup drapieżców może przypaść do gustu. Głównie stanie się to za sprawą wydarzeń umiejscowionych w przyszłości. Któż z nas nie chciałby dowiedzieć się, jak będzie wyglądał świat w 2216 roku, nawet jeżeli są to jedynie przypuszczenia.

     - Kocie - mówię - jesteś genialny! Nie zrobiłbyś tego lepiej, nawet gdybyśmy wszystko dokładnie zaplanowali! *

     W owej opowieści szczególnie mi się podobało, że autorka nie stara się na siłę zaaferować czytelnika dziejami Lily. Odniosłam wrażenie wprost przeciwne - według mnie napisała Okup drapieżców tylko dla siebie, a przez to styl jej wypowiedzi zyskał tę lekkość, jakiej nie posiadają inni pisarze, zwłaszcza ci starający się, ażeby ich dzieło zostało zapamiętane po wsze czasy. Zazwyczaj nie czytam często podobnych powieści, ale muszę powiedzieć z czystym sumieniem, iż książka autorstwa E. Diamand nie sprawiła mi zawodu. Nieopisanie się ubawiłam, przemieszczając się wraz z Lilo przez świat tak odmienny, a zarazem taki sam - wartości przecież nie uległy aż tak wielkiej zmianie - jak nasz.

     - Podróżowanie z tobą jest fascynujące, nawet jeśli często dość ekstremalne - stwierdza głowa. *

     Podsumowując, Okup drapieżców, polecam młodszym czytelnikom, bo ta lektura pomoże im wysnuć pewne morały zeń płynące, ukaże, że komputery nie są jedynym źródłem radości, a mogą być nawet uważane za złowróżbne przedmioty, jakie niezwłocznie należy zniszczyć. Starsza młodzież także powinna odnaleźć w powieści coś dla siebie. W moim umyśle ta powieść pozostawiła po sobie miłe wspomnienia, które mam nadzieję, że kiedyś raz jeszcze odświeżę.


* wszystkie cytaty pochodzą z powieści pt. Okup drapieżców E. Diamand


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.
 
 
     PS. Pragnę złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia. Osobom, które obchodzą święta B.N. dzisiejszego wieczoru życzę suto zastawionych stołów, mile spędzonego czasu w gronie najbliższych oraz prezentów, chociaż te nie są najważniejsze. Z kolei czytelnikom bloga, który zasiądą przy wigilijnych stołach 6 stycznia składam te same życzenia, aczykolwiek już na następny rok. :)

sobota, 17 grudnia 2011

Fiodor Dostojewski - Zbrodnia i kara

Autor: Fiodor Dostojewski
Tytuł: Zbrodnia i kara
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 592


     Fiodora Dostojewskiego niemal każdy zna, a tym bardziej musiał słyszeć, chociażby mimochodem tytuł jego książki - Zbrodnia i kara. Ta powieść należy do kanonu lektur, zatem ten fakt wyjątkowo dobitnie świadczy o wartości literackiej, jaką za sobą niesie. Od pewnego czasu coraz częściej sięgam po dzieła pisarzy ze wschodu, wciąż nie mogąc wyjść z podziwu jak odmienny mają światopogląd. Ponadto skupiają się w większej mierze na sferze duchowej, m.in. Nabokov w Lolicie, nie zaś na samych wydarzeniach. Tak się stało, że w powieści Fiodora Dostojewskiego, którą przyszło mi dziś zrecenzować zawiera się i akcja, i refleksja.


     Rodion Romanowicz Raskolnikow, główny bohater książki, spełnił wszystkie moje oczekiwania względem rosyjskiego pisarza. Święcie wierzyłam, że tak wielki twórca, z którym przyszło mi się zmierzyć w innych jego powieściach, po raz kolejny mnie nie zawiedzie i stworzy niezmiernie złożoną postać. Tak było, bowiem Roskulnikow nie tylko sprostał moim mniemaniom względem głównego charakteru Zbrodni i kary, lecz stanowił przy tym symbol złożoności ludzkiej psychiki. Ja również często oddalam się refleksjom, zatem z wielkim zapałem śledziłam myśli kogoś, kto zdawał się czytać w moich myślach. Czasami doznawałam łudzącego wrażenia, iż Rodion stoi tuż obok mnie, oboje podążamy uliczkami, błądzimy spojrzeniem po ludzkich twarzach, staramy się przeciwstawić cierpieniu. Mogłam niemalże poczuć, że jesteśmy jedną i tą samą osobą, co było dla mnie niebywale budującym doświadczeniem. Nie często mam okazję oddawać się lekturze w oderwaniu od rzeczywistości, gdyż obowiązki często zmuszają do podzielności uwagi, ale podczas wertowania dzieła Dostojewskiego z czystym sumieniem opuściłam ten świat i znalazłam się w innym - pełnym intryg, osnutym cierpieniem i pełną dozą obłędu, jakie określały byłego studenta.

     Spodobało mi się, w jaki sposób F. Dostojewski oddał klimat XIX-wiecznej Rosji. Interesuję się kulturą rosyjską, zatem w niebywałym uniesieniem mogłam przebywać w otoczeniu Rodiona. Owszem, nie zawsze było pełne przepychu - to z nim kojarzą się wschodnie kraje - lecz wydawało się czymś naturalnym, jakby głód, nędza i brak pieniędzy nie były czymś złym. W zasadzie to jest to główny temat utworu, choć nie przekazany bezpośrednio, bo gdyby Roskulnikow nie był biedakiem, być może nie popełniłby zbrodni. Cóż, nie warto się teraz w to zagłębiać, bo z pewnością ci, którzy jeszcze powieści nie czytali, sami odkryją to, co mnie zaskoczyło oraz wzruszyło. Pierwszy raz bowiem nie odczuwałam morderstwa jako coś złego, ale można określić to mianem konieczności. Czymże jednak jest konieczność? Otóż, Rodia mógł wybrać inną drogę, ale tak się nie stało, więc fatum zaczęło go prześladować, doprowadzając niemal do szaleństwa. Oczywiście, to że odczuwał niebywałą skruchę mogło zmazać jego winy, ale czy tak się stało tego nie wie absolutnie nikt. Myślę, że nawet samego Rodię w późniejszych czasach wyrzuty sumienia prześladowały jeszcze przez długi czas.

     Niezmiernie przypadło mi do gustu, jak autor Zbrodni i kary ukazywał potęgę ludzkich namiętności. Postacie w jego dziele nie są jedynie przedmiotami zmierzającymi do finału, ale zdają się żyć na kartach książki. Świetnie wykreowane cechy charakteru, przeszłość niektórych owiana tajemnicą (mam skłonność do zagłębiania się w przyczyny takich a nie innych działań, więc to zapewne stąd bierze się ta chęć dogłębnego zbadania poszczególnych bohaterów) oraz liczne retrospekcje - to wszystko sprawiło, że nie mogłam się oderwać od lektury.

     Reasumując, Zbrodnię i karę polecam absolutnie każdemu. Jestem pewna, że tak jak ja wczujecie się w sytuację Roskulnikowa chociażby z tego powodu, że pisarz pewną kreską nakreślił jego autoportret. Wydarzenia i niesamowicie dobrze rozwinięta fabuła są tym, na co możecie liczyć w tej pozycji. Ja z całą pewnością jeszcze nie raz i nie dwa wrócę do powieści, ponownie czytając fragmenty, które albo mnie wzruszyły, albo sprawiły, że zaciskałam pięści z bezsilności. Poniżej zamieszczam cytaty, które skłaniają do refleksji. Nad każdym z nich mogłabym się rozwodzić bez końca, bowiem wszystkie zawierają przesłania aktualne do dziś.


(...) kłamstwo zawsze można przebaczyć; kłamstwo jest nawet bardzo miłe, bo prowadzi do prawdy. 
 ***
Ludzie, podług prawa przyrody, dzielą się ogólnie na dwie klasy: na klasę ludzi niższych, będących, że tak powiem, materiałem, który służy wyłącznie do wydawania na świat sobie podobnych, oraz na ludzi właściwych, to znaczy posiadających dar czy talent, który im pozwala wygłosić w swoim środowisku nowe słowo. [...] Pierwsza klasa jest zawsze władczynią teraźniejszości, druga klasa - władczynią przyszłości. Pierwsi zachowują świat i pomnażają go liczebnie, drudzy pchają świat naprzód i kierują go ku oznaczonym celom. 

 ***

(...  )jeżeli człowiek nie jest podły sam przez się, to jest jako cały rodzaj ludzki, wówczas oznaczałoby to tylko przesądy wymyślone dla przestrachu, że żadne granice nie istnieją i tak powinno być. 


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Zielona Sowa, za co serdecznie dziękuję.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Joanna Siedlecka - Jaśnie Panicz / o Witoldzie Gombrowiczu

Autor: Joanna Siedlecka
Tytuł: Jaśnie Panicz / o Witoldzie Gombrowiczu
Wydawnictwo: MG
Ilość stron: 416


     Biografie mają to do siebie, że wszystko zależy od osoby, jaką obierają za główny temat. Tak się zdarzyło, że Witold Gombrowicz jest niezmiernie intrygującą postacią nie tylko z punktu widzenia literatury, lecz także zwykłej ludzkiej ciekawości. Przyznam, że z wielką chęcią pragnęłam poznać scenerię życia, jaką otaczał się autor Ferdydurke. Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie zawiodłam się na tej książce. Nie dość, że autorka idealnie przybliżyła czytelnikowi realia, w jakich żył artysta, to wzbogaciła to czarno-białymi fotografiami przybliżającymi choć w niewielkim stopniu wygląd rodziny, jak i samego Gombrowicza jako młodego pana.

     Po pierwsze, po przeczytaniu Jaśnie Panicza pojęłam wiele istotnych szczegółów odnośnie życia oraz otoczenia, w którym się obracał pisarz. Podążałam wraz z nim przez nieprzespane noce, podczas których tworzył kolejne dzieła, podążałam wraz z nim drogami, na których nie było róż, lecz ciernie. Nie wiedziałam, że na samym początku rodzina twórcy była sceptycznie nastawiona do wydania jego utworu - bo w to, iż w głębi duszy byli z niego dumni, święcie wierzę. Nie byłam także świadoma tego, że matka ubierała chłopca w ubrania odpowiednie dla dziewcząt, gdyż pragnęła, by urodziło się dziecko płci żeńskiej. Tak wiele faktów z życia wielkiego artysty ukazało się w pełnej krasie po sięgnięciu po tę pozycję.

     Autorka, Joanna Siedlecka, ma taki styl pisania, że nie sposób mu nie ulec. Miałam wrażenie, że nie czytam suchej biografii, lecz zupełnie jak to w przypadku powieści przygodowych bywa, zagłębiam się w świat przedstawiony, grzęznę w nim, ażeby na samym końcu dowiedzieć się wszystkiego. Powyższe słowa sprawdziły się idealnie, prócz tego, że znałam wszystkie informacje o Gombrowiczu. Tak nie było, bowiem wyłącznie autor wielu uznanych dzieł wiedział, co istotnie znajduje się w jego głowie. Mimo to pani od biografii - jak zostało zaznaczone na obwolucie - przybliżyła mi w znacznym stopniu to, czego chciałam się dowiedzieć. Dodatkowym walorem było to, że umieściła w owocu swej pracy efekty rozmów z ludźmi, którzy znali wielkiego pisarza. Nie zawsze to się zdarza, gdyż często bywa tak, że autorzy otaczają się aurą tajemniczości i praktycznie znikają z powierzchni ziemi, pozostawiając po sobie tylko dzieła. Tutaj było inaczej, za co należy dziękować bliżej niekreślonej sile, bo wspomnienia m.in. Galiny z Małoszyc (dzięki nim dowiemy się, jak Gombrowiczowie byli prostoduszni, bo nie oddelegowali pracownicy po pewnej chwili słabości, że tak pozwolę sobie to nazwać) mają niebywałą wartość.

     Dodatkowo spodobały mi się niezmiernie zdjęcia, dzięki którym czułam się, jakbym podglądała prywatne życie pisarza oraz jego rodziny. Prócz tych pozowanych fotografii, znalazło się również wiele wykonanych nieoczekiwanie, np. Witolda Gombrowicza wraz z Konstantym Jeleńskim nad przekładem Operetki z 1967r. (str. 303). Ponadto w książce można ujrzeć list napisany własnoręcznie przez autora Ferdydurkę. Dla wielbicieli twórczości ów utalentowanego mężczyzny z pewnością przypadnie to do gustu.

     W dziele Joanny Siedleckiej odnalazłam wiele zdań, jakie przypadły mi do gustu. Doznałam wtedy wrażenia, że można je odnieść nie tylko do drogi, jaką przebył wielki twórca, lecz także do naszej skromnej egzystencji. Jeden cytat pozwolę sobie zamieścić poniżej:

     - Mam już przeszło sześćdziesiąt lat - powiedział jej kiedyś - a mój jedyny dorobek to trzy tysiące stron, które napisałem. Bo materialny dałoby się zamknąć w jednej walizce.

     Reasumując, biografię obdarzonego talentem Gombrowicza, bo tego, że pisał wspaniale niewielu ludzi będzie w stanie podważyć - wszak nie bez powodu jeden z jego tekstów figurował na liście lektur - śmiało jestem w stanie polecić każdemu. Nie tylko osoby interesujące się literaturą odnajdą w Jaśnie Paniczu coś dla siebie. W związku ze zbliżającym się czasem wolnym warto sięgnąć po tę intrygującą pozycję i zagłębić się w kolejach losu artysty, choćby dlatego, że (...) wielkim pisarzem był.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od serwisu nakanapie.pl, za co serdecznie dziękuję.

niedziela, 4 grudnia 2011

Gemma Malley - Deklaracja

Autor: Gemma Malley
Tytuł: Deklaracja
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 384

     Ostatniej soboty, zupełnie bez zastanowienia sięgnęłam po Deklarację. Ostatnimi czasy w zasięgu moich rąk były tylko ciężkie lektury, toteż po zmęczeniu zarówno nauką, jak i czytaniem trudnych powieści, bez entuzjazmu sięgnęłam po tę książkę. Początkowo nieco mozolnie wertowałam strony, lecz po chwili wciągnęłam się w całą historię. Sama nie wiem kiedy przebrnęłam przez pierwsze pięćdziesiąt stron, potem kolejne i kolejne. Skończyło się na tym, że sobotni ranek, który miałam przeznaczyć na naukę biogramów artystów, przeznaczyłam dziełu Gemmy Malley. Jestem pewna, iż nie był to stracony czas, bo nie dość, że Deklaracja pomogła mi się odstresować, to pokazała świat takim, jakim nigdy nie chcielibyśmy go zobaczyć. Ostatnimi czasy nader często widzę na półkach w księgarniach oraz bibliotekach podobne antyutopijne historię, chociaż przyznam, że pierwszy raz zdarzyło mi się przeczytać jakąś w tak szybkim tempie. Bynajmniej nie była to zasługa tego, iż autorka nie ma niczego do powiedzenia, bo jest zupełnie inaczej. Widać, że posiada swoją wizję i przedstawiła ją w miarę przystępny sposób.

Akcja wyżej wymienionej książki rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, blisko sto lat po naszych czasach. Został wynaleziony pewien lek, który jak się zdaje potrafi zatrzymać starzenie się ciała. Jednakże, jak przeczytałam w pewnym momencie (cytatu niestety zapewne nie znajdę) grawitacja nadal działa, zatem skóra musi być podtrzymywana przez odpowiednią bieliznę - trochę nie w temacie, ale teraz przypomniała mi się ta scena. W związku z niestarzeniem się społeczeństwa świat został podzielony na dwie grupy ludzi: legalnych oraz nadmiarów. Tak się składa, że Anna, bohaterka opowieści, należy do tej drugiej grupy. Mieszka wraz z innymi niechcianymi bądź odebranymi rodzicom dziećmi w zakładzie prowadzonym przez Panią Sharpe - bezwzględną kobietę, która w rzeczywistości skrywa głęboki żal. 

     Nadmiar Anna - jak mówi sama o sobie - ma piętnaście lat. Przybyła do Grange Hall jakiś czas temu i zdążyła już sobie przysposobić sympatię tutejszej kierowniczki - takie przynajmniej odniosłam wrażenie, sądząc po pochwalnych notatkach zapisywanych w dzienniku przez dziewczynę - co okazało się omyłką, o czym ku wielkiemu rozczarowaniu przekonała się w pewnym momencie Anna. Bądź co bądź, miała możliwość przekonać się o domniemanej przychylności dyrektorki (że tak pozwolę sobie ją nazwać), gdy ta powierzyła jej rolę prefekta. Od tego czasu pierwszoplanowa postać jest przekonana, że jej rolą jest zostać "przydatnym" Nadmiarem. Co zatem oznacza słowo przydatność w języku bohaterki? Jest to nie mniej, nie więcej jak niewolnicza praca, którą miałaby sprawować w domu prawowitych ludzi. 

     Wszystko toczy się monotonnym rytmem wyznaczanym przez kolejno następujące po sobie obowiązki do czasu, kiedy do ośrodka przybywa Peter - nieznośny chłopak, nie wiedzieć czemu nazywający Annę po nazwisku (Covey), co jest wystarczającym powodem do niepokoju, bowiem tacy jak ona nie posiadają ani drugiego imienia, ani tym bardziej miany rodowej. Oznajmia również, iż wie, kim są rodzice pani prefekt, czego ona sama nie przyjmuje do wiadomości - zarzeka się, że ich nienawidzi. Od tej pory bohaterowie podejmują wiele znaczących decyzji, aby doprowadzić akcję do ostatecznego - epitafium.

     Finisz powieści, szczerze powiedziawszy, nieco mnie zbił z tropu. W pewnym stopniu moje początkowe przypuszczenia się ziściły, aczykolwiek było dla mnie sporym zakończeniem to, co rozegrało się na ostatnich dwudziestu stronach. Przyznam, że autorce udało się stworzyć powieść nie tylko potrafiącą zaciekawić czytelnika niemalże od pierwszej strony, ale również sprawiła, iż zakończenie stało się swego rodzaju czymś wyjątkowym - nie każdy pisarz zdobyłby się na tak drastyczne rozwiązanie, co nie umniejsza tego, że niezmiernie mi się podobało i ostatecznie to ono warunkowało na końcową ocenę Deklaracji.

     Nie rozpisując się przesadnie, bo nie w tym rzecz, aby zaledwie parę osób przeczytało pobieżnie recenzję, pragnę rzec, że mi ta powieść się spodobała. Stanowiła miłą odskocznię po ciężkim tygodniu i przypomniała mi, dlaczego tak naprawdę lubię czytać książki - dlatego, że dorywają stopy od ziemi, sprawiając, iż przeżywam to, czego nie mogłabym przeżyć realnie. Zatem, przeczytajcie dzieło Gemmy Malley, bo zapewniam, że jest tego warte. Przyznaję, że mimo iż na początku nie byłam nastawiona do tej książki entuzjastycznie, to zrobiła na mnie niebywałe wrażenie oraz sprawiła, że jeszcze nie raz i nie dwa sięgnę po tak odprężającą lekturę.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.


     PS. To chyba pierwsza od dłuższego czasu recenzja, którą napisałam w zasadzie bez pośpiechu, jak gdybym czyniła to dla samej siebie, a nie dla was.  W dodatku pisało mi się tak lekko, jakbym robiła to jedynie w myślach, a nie na papierze (cóż, wirtualnym) - lubię to uczucie. :)

środa, 30 listopada 2011

Ewa Ostrowska - Kamuflaż

Autor: Ewa Ostrowska
Tytuł: Kamuflaż
Wydawnictwo: Oficynka
Ilość stron: 384

     W życiu każdego czytelnika co jakiś czas przychodzi znużenie tematem. W moim przypadku było tak z fantastyką, zatem z rosnącym entuzjazmem sięgnęłam po książkę Ewy Ostrowskiej pt. Kamuflaż. Trzymająca w napięciu akcja, nietuzinkowi bohaterowie i niebanalna zagadka - na te elementy liczyłam. W zasadzie to nie mogę rzec, że ich brakowało, bo tak nie było, ale nie wiedzieć czemu już na samym początku poczułam niejakie znużenie powieścią. Sama nie wiem, czy wpływ na to miał fakt, że akcja została umieszczona w oddalonym o wiele mil miasteczku, którego aury nijak nie mogłam poczuć, a może to moja skłonność do indagowania nad tym, co by było gdyby... Z tym, że w gatunku jakim są kryminały (ew. horrory, bo również tymi cechami może poszczycić się powieść autorstwa P. Ostrowskiej) mają rozbudowane rozwinięcie, lecz koniec musi być definitywny i nie ma co prowadzić zbędnych dywagacji.

     Na wstępie muszę przyznać, że niezmiernie spodobała mi się okładka Kamuflażu. Dodam, że po części to właśnie dzięki niej postanowiłam przeczytać dzieło pisarki. Niesamowicie sugestywny manekin na pierwszym planie podziałał na moją wyobraźnię, sprawiając, że już przed przeczytaniem książki miałam wyrobione o niej swoistego rodzaju zdanie. Nie było one zagruntowane, bo tak stało się dopiero po ukończeniu lektury. Jak już zaznaczyłam, obraz nie jest bez znaczenia, bowiem ma odzwierciedlenie w fabule powieści.

"(...) siedziała na brzegu piaskownicy, kołysząc w ramionach uśmiechającą się pokolorowanymi ustami nagą, łysą, różowawą głowę manekina."

     Na samym początku niejako ociężale przewracałam strony. Być może przez to, że nie przypadli mi do gustu bohaterowie i trudno przyszło mi się z nimi utożsamiać. Zachowanie Hellen, matki porwanego chłopczyka, wydawało mi się mocno przesadzone. Nie wiem, jakbym ja zareagowała, gdybym odkryła, że latorośl, którą kochałam nade wszystko, została uprowadzona. Być może to właśnie dlatego już na wstępie książki zaczęłam odczuwać znudzenie. Na całe szczęście zmieniło się ono po przeczytaniu kolejnych stron, kiedy wkraczają kolejne postacie, a poszukiwania złoczyńcy rozwijają się coraz bardziej.

     Z zaangażowaniem śledziłam poczynania Haiga i Petersa, chociaż dialogi między nimi wydawały się mało prawdopodobne. I potem kolejny raz radość odczuwania przy zawiązaniu akcji odeszła w niepamięć. A przyznam śmiało, że naprawdę chciałam odczuć klimat stworzony przez pisarkę, bo tego, że potrafi pisać nie można jej odmówić. Pomieszczenia były opisane na tyle niesamowicie, że potrafiłam je sobie idealnie wyobrazić. Co jednak sprawiło, że nie potrafiłam czerpać radości z czytania Kamuflażu? Nie wiem.

     Jednakże w pewnym momencie zaintrygowały mnie losy Jennifer. Kolejny raz, niczym na karuzeli, poczułam uniesienie i przemożną ochotę, aby poznać jej losy poza akcją książki. Ta niebywale dobrze wykreowana postać nie od razu przysposobiła sobie moją sympatię, lecz kiedy już się do niej przekonałam, to nie potrafiłam przestać o niej myśleć. I wiem, że nie jest to główny problem dzieła Ostrowskiej, aczykolwiek chciałam o tym napisać, dlatego że uważam, iż to zasługuje na uwagę.

     Patrząc od strony technicznej, na uwagę zasługuje to, że pisarka doprawdy potrafiła oddać smak śledztwa. Zdarzenia były ze sobą powiązane, toteż nie znalazłam między nimi żadnych nieścisłości. Pod tym względem powieść zyskała kolejną zaletę. 

     Przechodząc do meritum, polecam tę książkę każdemu, kto pragnie w swoim życiu pewnej odmiany. Mimo że mnie powieść nie porwała ani nie sprawiła, że oderwałam się od świata, mam świadomość, iż u wielu osób odnajdzie uznanie. Zatem nie pozostaje wam nic innego, jak sięgnąć po Kamuflaż i na własne oczy przekonać się, czy odnajdziecie się w tejże lekturze.



Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Oficynka, za co serdecznie dziękuję.
 
 

sobota, 5 listopada 2011

Juliusz Verne - Pięćset milionów hinduskiej księżniczki

Autor: Juliusz Verne
Tytuł: Pięćset milionów hinduskiej księżniczki
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 205

     Juliusza Verne nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Z pewnością wielu z was zetknęło się już z jego powieściami czy to mimochodem o nich słysząc, czy czytając z premedytacją. Pomimo że powieściopiszarz odszedł na łono Abrahama ponad sto lat temu, to historie przezeń przedstawiane są czytywane do dziś i mogą służyć za wzór dla wielu osób, pragnących nauczyć się tworzyć dzieła tak bardzo wciągające, jak czynił to on. Lista książek autorstwa Verne'a prezentuje się dumnie w porównaniu z innymi znakomitymi autorami z czasów, w których żył, bowiem niewielu mogło poszczycić się tak bogatym biogramem. Być może to ślepy traf sprawił, że zyskując sposobność do przeczytania jednej z powieści tego pisarza, trafiłam na Pięćset milionów hinduskiej księżniczki, lub cokolwiek innego. Jednego jestem pewna; bardzo cieszę się, że postanowiłam sięgnąć po to dzieło, chociaż muszę przyznać, że wcześniej nie byłam wierną wielbicielką akcji osnutej wokół wątków przygodowych, lecz ta książka przełamała żywione przeze mnie stereotypy i sprawiła, że z następnym razem już z chęcią będę zagłębiała się w lekturze tego typu powieści.

     Pomimo że chciałabym przejść od razu do meritum, postanowiłam omówić stronę graficzną książki, bo ta z całą pewnością na to zasługuje. Już nie bacząc na twardą oprawę, dzięki której mogłam nosić ze sobą tom w rozmaite miejsca, nie przejmując się, że coś mu się stanie, oraz nie wchodząc w szczegóły odnośnie dobrej jakości czcionki, muszę zagaić odnośnie licznych rysunków zamieszczonych we wnętrzu wydania. Wcześniejsza powieść tego pisarza, którą miałam okazję przeczytać, nie posiadała podobnych ilustracji i choć nie stanowią one o wartości dzieła literackiego, to o wiele milej się czyta, mogąc raz po raz zaglądać na przeciwną stronę i porównywać wytwory swojej wyobraźni z tymi, które zaprezentował grafik, chociaż te niekiedy były diametralnie odmienne. Obok możecie zobaczyć jeden ze szkiców w wykonaniu Léon'a Benett'a.


     Skoro nadmieniłam już o tym, to mogę z czystym sumieniem przejść do wydarzeń przedstawionych w Pięciuset milionach hinduskiej księżniczki. Pewnego człowieka nauki, doktora Sarrasin'a, zupełnie niespodziewanie odwiedza człowiek insynuujący, że jest on spadkobiercą niebagatelnej sumy pieniędzy. Jak często bywa w takich przypadkach, za chwilę zlatują się sępy pragnące uszczuplić majątek doktora choć o grosz. Bywają również tacy, którzy, widząc w znajomości z kimś wartym tak wiele, postanawiając odnosić się do doktora z niekrytym szacunkiem, chociaż wcześniej zachowywali się w stosunku do niego co najmniej powściągliwie. Jeżeli mówimy już o tej pierwszej kategorii, to nie sposób nie przedstawić w tym momencie Herr Schlutzego, który również był pretendentem do majętności. Nic więc dziwnego, że postanowił rościć sobie prawa do spadku, skoro od lat darzył rasę łacińską nieskrywaną niechęcią, co rusz manifestując wyższość nad nią rasy germańskiej. Nie inaczej było w tym przypadku, ponieważ nie dość, że otrzymał pięćset milionów, to postanowił uzurpować sobie również zamysł Sarrasina, z tym że zamiast krainy szczęścia, jaką zamierzał wybudować doktor, utworzył wielką fabrykę, w której budowano przeróżną broń. Mając na względzie wcześniejsze uprzedzenia tego wzniosłego mężczyzny względem Francuzów nie sposób nie wywęszyć w tym podstępu, który postanowił pojąć młodzieniec wierny podziwianemu człowiekowi. Wyruszył zatem prosto w sidła wroga, aby poznać istotne informacje i przekazać je mentorowi. Tak w kilku słowach można streścić zawiązanie akcji. Nie chciałabym skracać wszystkich perypetii z tym związanych, gdyż niechybnie odebrałoby to wam chęć przystąpienia do lektury.


     Ostatnimi czasy sięgałam po powieści z kanonu, wielokrotnie rażące pełnym patosu językiem oraz sprawiające, że trzeba kilka razy pomyśleć nad pewnym zdaniem, aby całkowicie zagłębić jego istotę. Zatem gdy mimochodem spojrzałam na pierwszą stronę dzieła Verne'a poczułam rosnącą ulgę, a jednocześnie entuzjazm. Przystępując do lektury tylko jednego rozdziału (tak sobie wmawiałam na początku), nawet nie dostrzegłam, kiedy z dwunastej strony przeszłam na stronę siedemdziesiątą ósmą. Od dawna nie czytałam czegoś, w czym narracja byłaby tak swobodnie prowadzona niczym monolog do czytelnika, który ten ma chęć raz po raz powtarzać w myślach. Ponadto fascynująca fabuła, dobrze wykreowane postaci i talent, jaki bezdyskusyjnie posiada Juliusz Verne sprawiły, że nie potrafiłam oderwać się od powieści i nawet wówczas, kiedy musiałam zrobić coś innego, odkładałam to na chwilę późniejszą, by tylko przeczytać te kilka stron pozostałych do zakończenia rozdziału.


     Reasumując, doszłam do wniosku, że twórczość Juliusza Verne'a, a w szczególności Pięćset milionów hinduskiej księżniczki, są warte poznania. Autor potrafi operować językiem, nie rażąc potocznymi frazami, a jednocześnie opisując wszystkie wydarzenia przystępnie, a zarazem kunsztownie. Teraz wiem, że nie bez powodu od tak wielu lat książki napisane przez ów pisarza są tłumaczone na wiele języków, ale także znajdują odbiorców. Ich fenomen nie jest mi jeszcze do końca znany, ponieważ nie przeczytałam wystarczająco wielu dzieł twórcy, co postaram się zmienić w przeciągu najbliższych kilku lat. Mogę więc z niezmąconą pewnością oszacować, że absolutnie każdy powinien sięgnąć po coś autorstwa Verne'a. Nie wspominając o młodszych czytelnikach, który wielokrotnie lubują się w wartkiej akcji, starszych miłośników książek również powinna zaciekawić ta pozycja. Pozostaje mi tylko powiedzieć, że na pewno nie raz i nie dwa na moich półkach zagości nazwisko autora.


     Tak na marginesie (poza recenzją) dodam, że Pięćset milionów hinduskiej księżniczki doczekało się pierwszego polskiego przekładu w 1880, a wcześniejsze wydania nosiły następujące nazwy: Pięćset milionów hinduskiej władczyni i 500 milionów Begumy. W Polsce zaś popularyzowaniem twórczości Juliusza V. zajmuje się Polskie Towarzystwo Juliusza Verne'a, na którego stronę możecie przejść klikając tutaj.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Zielona Sowa, za co serdecznie dziękuję.

niedziela, 30 października 2011

Jak zostać pisarzem - Urszula Glesk, M. Hamkało i inni

Autorzy: Urszula Glensk, Marcin Hamkało,
Karol Maliszewski, Leszek Pułka,
Paweł Urbaniak, Andrzej Zawada
Tytuł: Jak zostać pisarzem
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 304      
     
     Każdy mól książkowy, prędzej czy później, zaczynał myśleć o napisaniu własnej książki. Niektórzy poczynili już odpowiednie ku temu kroki, inni są dopiero na etapie domniemań co ogólnego zarysu fabuły. Wielu z nich zadaje sobie paradoksalnie łatwe, a zarazem trudne pytanie: jak zacząć? Cóż, nie ma jednego, dobrego sposobu, ale książka Jak zostać pisarzem stara się odpowiedzieć na tę i podobne kwestie dręczące żądnych tworzenia własnych historii pisarzy. Pierwszy polski podręcznik dla autorów - jak głosi fraza zamieszczona przez wydawcę na obwolucie - został napisany przez wielu ludzi w pewien sposób związanych ze sztuką, jaką jest pisarstwo. I tak wśród autorów możemy odnaleźć Prof. Dr Hab. Andrzeja Zawadę - historyka literatury polskiej, krytyka i eseistę; Dr Urszulę Glensk - litereaturoznawcę i krytyka literackiego; Dr Hab. Leszka Pułkę - dziennikarza i recenzenta teatralnego oraz innych, dzięki którym poradnik Jak zostać pisarzem wydał mi się odpowiednim kompedium wiedzy.

     Jako że z reguły nie jestem pozytywnie nastawiona do tego typu lektur - uważam, że człowiek sam potrafi znaleźć odpowiedni sposób, aby robić to, co lubi (w tym przypadku tworzenie powieści), a jeżeli mu to nie wychodzi, to powinien ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, aż nie wyrobi w sobie swoistego rodzaju przyzwyczajenia i lekkości w ustawicznie podejmowanym zadaniu - nie byłam nastawiona do tej książki pozytywnie. Nie byłam również całkowicie sceptyczna, inaczej rzecz biorąc - nie oczekiwałam po niej zbyt wiele, choć tytuł skutecznie przywiódł moją uwagę.

     Już od pierwszej stronicy z zainteresowaniem śledziłam koleje powstawiania powieści, począwszy od tworzenia fabuły po kreowania bohatera. Nie powiem, że było to dla mnie czymś nowym, bo wielokrotnie pisząc swoje opowiadania postępowałam podobnie, choć zupełnie odmiennie. Paradoksalność powyższego stwierdzenia dopiero teraz do mnie dotarła, ale w zupełności tak było. Dowiedziałam się, że nie stosowałam się do żadnej z reguł przedstawionych w poradniku dla autorów, lecz wyciągnęłam z niego odpowiednie wnioski. Wiele z nich nie będzie nigdy wykorzystanych, chociaż z przyjemnością przychodziło mi postępowanie wedle wskazówek przedstawionych w książce Jak zostać pisarzem. Stwierdziłam, że to nie dla mnie - ja uwielbiam bawić się językiem, a nie stosować się do sztywnych reguł.

     Mimo że początek mojej recenzji nie jest może nader pozytywny, to teraz nadszedł czas na ukazanie tych aspektów pracy tak wielu autorów, które stanowią o dość wysokiej wartości tejże pracy:

     Po pierwsze; książka pozwoli przybliżyć wielu czytelnikom, jak mogą pracować powieściopisarze. Wiadomo, że nie od dziś wiele ludzi się nad tym zastanawia, a sam fakt, iż teraz będą mogli dowiedzieć się o tym czegoś więcej, sprawi, że z chęcią sięgną po tę pozycję. Lektura nie tylko przybliża nam warsztat pisarza, ale pozwala też wejść czytelnikowi w pewien sposób do jego psychiki, co ułatwiają nieraz przytaczane cytaty - to one w dużej mierze sprawiły, że kartki przewracałam z większą lekkością niż gdybym czyniła to z długim wywodem w nie nieoprawionym.

     Po drugie; amatorzy pióra będą mogli znaleźć w tu wiele przydatnych porad, które przysłużą się im w dalszych pracach na tworzeniem dzieł. Bardzo spodobały mi się ćwiczenia umieszczone na końcu kolejnych rozdziałów - pozwolą niejako utrwalić zdobyte informacje już w praktyce, a także nabyć nowe, własne.

     Po trzecie; w książce Jak zostać pisarzem nie zostały przedstawione tylko etapy powstawania dzieła, lecz także zbieranie materiałów do powieści oraz informacje o prawach autorskich, co z całą pewnością przyda się tym, którzy planują owoc swej męki wydać.

     Podsumowując, mimo iż na mnie ta pozycja nie wywarła wielkiego wrażenia, koniecznie ją przeczytajcie. Pozwoliła mi uprzytomnić sobie rzeczy oczywiste, a tak często zapominane podczas tworzenia. Ponadto jeżeli ktoś z was interesuje się pisarstwem od - że tak powiem - strony technicznej, poradnik pomoże mu w usytuowaniu pewnych informacji oraz stworzeniu niejakiego obrazu twórcy. Jak zostać pisarzem stanowi idealne kompendium wiedzy dla początkujących pisarzy, tak więc to do nich głównie (choć nie tylko) adresowany jest pierwszy polski podręcznik dla autorów.
                                              

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Bukowy Las, za co serdecznie dziękuję.

piątek, 7 października 2011

Rachel Ward - Numery 2 Chaos

Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery 2 Chaos
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 440

     Kolejna powieść pisarki, a zarazem kontynuacja Numerów, o których pisałam wcześniej, wywarła na mnie o wiele lepsze wrażenie niż jej poprzedniczka. W pierwszej bowiem mogłam liczyć na wartką akcję mieszającą się z momentami żmudnymi, przez które nieco ciężko było mi podążać. Tutaj natomiast mam wrażenie, że Rachel Ward nie tylko polepszyła swój warsztat pisarski, ale również wykreowała postacie nieco bardziej zarysowane niż uprzednio. 

     Zaczynając jednak od początku; kolejny raz na okładce dominuje wieloznaczne słowo - Numery. Adam, syn Jem, którą mogliśmy poznać w poprzedniej części, zupełnie jak matka posiada dar widzenia numerów, będących jednocześnie datami powiązanymi z kresem życia poszczególnych ludzi. Z tym, że w tym przypadku nie jest on podobny do matki, gdyż ta wcześniej wyposażyła go w odpowiednią wiedzę, w jaki sposób należy poradzić sobie z tym przekleństwem. Gdy wraz z ekscentryczną babką przybywa do Londynu, widzi wokół ten jeden ciąg cyfr - 112027. Przeczuwa zatem, iż ma to pewne powiązanie z końcem świata, o którym można coraz więcej przeczytać w internecie. W dodatku dziewczyna, spotkana w szkole, Sara, również jest świadoma ciążącego nad miastem nieodzownego przekleństwa, które objawia się w snach pełnych przerażających szczegółów.
"Dręczy mnie mnóstwo wątpliwości. Martwię się, że ganiam po Londynie nie tam, gdzie trzeba, że wszystko się będzie działo gdzie indziej, w jakimś miejscu, o którym nie wiem. Ale staram się odpędzić od siebie te myśli. Postanowiłem, co robić - i muszę się tego trzymać."

     Język, jakim operuje autorka jest prosty, doskonale dostosowany do wieku czytelników, który przeznaczone są Numery 2 Chaos. Nie ma tu co prawda nader wielu opisów pełnych patosu oraz szczegółów, lecz z łatwością przyszło mi przestrzenne wykreowanie świata, w jakim przyszło bytować głównym bohaterom. Dodatkowo fakt, że akcja rozgrywa się w Londynie dopomógł mi w odpowiedni sposób umiejscowić niektóre miejsca w odpowiedniej przestrzeni. O ile w poprzedniej książce p. Ward było pełno przekleństw, niekiedy odbierających dalszą chęć do czytania, to ta powieść jest niemalże z nich wyzbyta. Owszem, zdarzają się i to nawet często w porównaniu z innymi pozycjami, ale nie są tak nagminne, o czym nadmieniłam w poprzednim zdaniu.

     Tym razem pisarka pokusiła się o przedstawienie wydarzeń z punku widzenia dwóch osób - Adama i Sary. Moim zdaniem ten zabieg nie był konieczny, lecz po skończeniu dzieła Rachel Ward nie potrafiłam sobie wyobrazić, że można było przedstawić dzieje w 2027 roku w inny sposób. Punkt widzenia Sary znacznie różni się od tego, pod jakim patrzy na świat młodzieniec, ale dzięki temu potrafiłam poznać poszczególne wydarzenia z diametralnie innej perspektywy. Bardzo mi się podobało to, że nie skupiono się głównie na samym problemie przedstawionym w powieści, a również na wątkach pobocznych. Przyznam śmiało, że niektóre śledziłam z zapartym tchem.
"Nienawidzę numerów. Chcę je zmienić. Chcę je wymazać. A jeśli mi się nie uda, zginę, próbując to zrobić."
     Podsumowując, Numery 2 Chaos, polecam młodzieży, jak i również tym nieco starszym czytelnikom. Niektórym będzie doskwierał brak rozwiązłych opisów, ale da się to przeboleć tylko po to, by zanurzyć się w świecie przedstawionym, a także porwać się w wir wydarzeń, toczących się zatrważająco prędko. Ci, nadal wahający się po przeczytaniu pierwszej części, muszą wyzbyć się obaw, ponieważ ta książka jest o niebo lepsza od poprzedniczki, a przy tym potrafi wciągnąć jak mało która, pomimo wad. Ale która książka ich nie ma? Wszak nie sposób dogodzić każdemu.

* cytaty pochodzą z Numerów 2 Chaos Rachel Ward

     Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.


czwartek, 22 września 2011

Bram Stoker - Dracula

Autor: Bram Stoker
Tytuł: Dracula
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 448

     Na początku muszę pochwalić to wydanie Draculi. Wiele wydawnictw klasyczne powieści wydaje, jak gdyby nie licząc się z oprawą graficzną, ale wierząc święcie, iż treść sama się obroni. W sumie to często tak bywa, lecz o wiele przyjemniej jest wziąć do ręki książkę z piękną obwolutą, idealnie wpasowującą się w dłoń, a na dodatek posiadającą materiałową zakładkę do niej przymocowaną. Nie mogłam się nadziwić, że w końcu ujrzałam równie nieprawdopodobne zjawisko, bo ostatnio widziałam podobne kilka lat temu, toteż jej widok mnie ucieszył, chociaż to wydaje się nieco osobliwe, biorąc pod uwagę, że był to jedynie zwykły kawałek tkaniny. Wracając jednak do obwoluty, spodobało mi się wieloznaczne zdjęcie róży osnute wokół czerwienią. Symbolizuje zapewne to, co wielu z nas przychodzi na myśl, kiedy obiektem zainteresowania staje się kultowy wampir, jakim jest Dracula, czyli innymi słowy - krew.

     Jonathan Harker, bohater powieści Dracula, zmierza do ponurego zamczyska, w którym urzęduje nie mniej posępny hrabia, a w którym z początku Jonathan może widzieć kogoś na kształt przyjaciela, bowiem w ten sposób śmiem nazwać niemalże przymilne relacje między mężczyznami. Gdyż właściciel posesji zezwala gościowi na korzystanie ze swych zbiorów ksiąg, co uważam za wystarczający powód do wysnucia tych wniosków. Jednak czy to jest jedyna pobudka? A może Dracula pragnie uzyskać tym coś więcej? Tego oraz innych rzeczy nie sposób przytoczyć w tak krótkiej recenzji, a należy samemu przeczytać arcydzieło literatury światowej - jak określa dzieło Stoker'a wydawca.

     Bardzo podobało mi się, że autor nieprędko przenosi nas do wydarzeń. Czytelnik ma szansę, ażeby poznać świat przedstawiony, a także się w nim odnaleźć. To, co najbardziej podobało mi się w pierwszych rozdziałach, to atmosfera grozy, kiedy bohater jest ostrzegany w coraz to bardziej osobliwe sposoby. Stanowi to idealną osnowę fabuły, z jaką czytelnikowi przyjdzie się zmierzyć w późniejszych wydarzeniach. Dodatkowo pisarz posiada tak przystępny sposób pisania, że każdy może odnaleźć tu coś dla siebie. Zarówno miłośnicy odrobiny fantazji w szarym życiu, jak i łaknący pewnego rodzaju wątku miłosnego przyjaciółki narzeczonej głównego bohatera. Skoro o nim wspomniałam, to muszę dodać, że wielu osobom mógł przypaść do gustu, ale mi kojarzył się z zaszczutym zwierzęciem, które nie wie, jak wydostać się z kąta, w który zostało zapędzone. Jednak w późniejszych rozdziałach przekonałam się, że zbyt pochopnie go oceniłam, aczykolwiek nie umniejszyło to pierwotnego osądu. Być może dlatego, że nie potrafię zmienić zdania z dnia na dzień.

     Zaś co do samej fabuły, to przyznam, że doprawdy przypadła mi do gustu. Z reguły opowieści o wampirach kojarzą mi się z rozkosznymi krwiopijcami, których głównym zajęciem jest spokojna egzystencja pośród ludzi. Tutaj miałam do czynienia z czymś zupełnie innym. Mianowicie wampirem z krwi i kości, wprost kwintesencją tego, co przychodzi na myśl, kiedy słyszysz o tych stworzeniach. Dracula śpi w trumnie, chodzi po ścianach budynków, ma krwistoczerwone wargi, pełen nienawiści wzrok i wyniosłość, jakiej brak niektórym przedstawicielom tego gatunku. Nie mogłam nadziwić się nad tak idealnym lokum, biorąc oczywiście pod uwagę, kim był hrabia. Zamczysko stanowiło dokładnie to, co wyobrażałam sobie, gdy słyszałam o nawiedzonym domu oraz wiecznie stąpających po ziemi nie-ludziach.
"Tajemnicze ostrzeżenie hrabiego, które wtedy napełniło mnie takim lękiem, teraz, kiedy o nim myślę, przeraża mnie jeszcze bardziej. W przyszłości będzie miał on bowiem nade mną straszliwą władzę: będę się lękał zwątpić w jakiekolwiek jego słowo!"
     Dałam się porwać w wir wydarzeń, chłonąc każde słowo, mimo iż w początkowych rozdziałach czułam niejakie znużenie, to w następnych nie potrafiłam oderwać się od lektury. Bram Stoker stworzył to, co chciałam przeczytać. Aż dziwię się, że wcześniej nie podjęłam decyzji o przeczytaniu tego dzieła. Przecież słyszałam wiele dobrego o powieści, a pomimo to przejmowała mnie obawa, że kolejny raz się zawiodę na prozie tego gatunku. Tak nie było, zatem jeśli nachodzą cię podobne wątpliwości jak mnie, to porzuć je i sięgnij po Draculę Brama Stokera.

     Reasumując, powieść polecam absolutnie każdemu. Począwszy od nastolatków spragnionych odrobiny odmiany pośród czytanej literatury, po starszych czytelników łaknących powieści na wieczór, kiedy za oknem szaleje wichura. Każde słowo autora jest jak gdyby odmierzone miarką - może przesądzić czarę - więc albo zawiedziesz się na tej lekturze, albo nieodwołalnie zatracisz. Do tego zmierzają wszyscy pisarze - do wywoływania w czytelniku skrajnych uczuć. Zatem jeśli pragniesz pragniesz zmierzyć się z tajemnicami zamku Dracula, nie czekaj dłużej, a chwyć w dłonie dzieło Brama Stokera.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Zielona Sowa, za co serdecznie dziękuję.

!!! Myślę o zrobieniu konkursu, tylko nie wiem, jakie powieści lubicie. Zatem na północnym wschodzie bloga znajduje się ankieta. Mam nadzieję, że klikniecie, dzięki czemu będę mogła choć w niewielkim stopniu dopasować do was nagrodę. !!!

sobota, 17 września 2011

Rachel Ward - Numery

Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 370

     Śmierć. Właściwie to wiele osób ją sobie wyobraża, widzimy tabolidy informujące o coraz to mniejszym odsetku osób umierających, wielu nowych szczepionkach, a mimo to ponura świadomość, że kiedyś nasze życie dobiegnie kresu nieustępliwie za nami podąża. Czy chciałbyś wiedzieć, kiedy zginiesz? Jem, główna bohaterka Numerów, wie. W jej głowie znikąd pojawiają się numery informujące o śmierci osób, którym spojrzy w oczy. Niektórzy uważaliby to za dar, za możność panowania nad początkiem i końcem, ale tak nie jest. Prawda jest diametralnie inna, bowiem dziewczyna nigdy się nie myli. I jak tu obserwować bliskie osoby, gdy wiesz, że niedługo umrą? W dodatku ucieczka z Londynu, w którym wybucha London Eye, a postać powieści jest jedną z osób, które wydostały się przed katastrofą, co budzi podejrzenia władz. Tak pokrótce prezentuje się niełatwe życie sieroty, córki narkomanki, młodej kobiety z góry skazanej na parszywy los - przynajmniej według nauczyciela.

     Gdy młoda dziewczyna spotyka na swej drodze Pająka - z pozoru osobę, na którą nie zwróciłaby większej uwagi, chyba że z powodu ponadprzeciętnego wzrostu, zostaje uwikłana w dochodzenie, którego podejrzaną zdaje się być ona sama. Z pozoru mało znaczące wydarzenia zmuszają dwójkę przyjaciół do ucieczki z Londynu do miejsca, zapamiętanego przez Pająka jako opokę, w której będą mogli zaznać czegoś na kształt raju. Jak sam chłopak określił, sączyliby napój, spoglądając na wybrzeże. Nawet wiedząc, kiedy młodzieniec umrze, Jem postanawia zataić przed nim prawdę. Moim zdaniem przedstawia tym niebywały heroizm, który, pomimo iż wychowywała się w niezbyt przyjaznej dzielnicy, jest tym bardziej zaskakujący.
- (...) gdybym ci powiedziała, toby ci odbiło. To nie jest w porządku i już.
- A jeżeli komuś zostało mało czasu? Gdyby wiedział, miałby szansę zrobić to, o czym zawsze marzył... (...)
- Tak, ale to byłoby jak życie w celi śmierci, nie? Każdego dnia jeden krok bliżej. Człowieku, mowy nie ma. Nikt nie powinien tak żyć.
     Sposób, w jaki autorka opisuje poszczególne wydarzenia jest zrozumiały dla każdego. Jednakże w znacznej mierze dominuje w nim słownictwo młodzieżowe, co mi osobiście, nie przypadło zbytnio do gustu. To, co jeszcze mnie skonfundowało, to częste przekleństwa wygłaszane przez bohaterów. Rozumiem, że pisarka chciała w ten sposób podkreślić ekspresję wypowiedzi, ale mimo to nie przypadło mi to do gustu. Zaś co do wykreowania postaci, to muszę przyznać, że w tym wypadku bardzo mi się spodobało, iż powieściopisarka nie stara się na siłę zrobić z głównych bohaterów albo nieustraszonych herosów, albo zagubionych dzieci bezgranicznie liczących na pomoc innych. Wiadomo, że Jem oraz Pająk są nastolatkami, toteż zapewne ich zachowania odbiegają od tego, jak zachowaliby się dorośli w porównaniu z tak wielkim zagrożeniem. I mimo ów poczucia kroczących za nimi cieni, próbowali uciec oraz podołać ciążącemu nad nimi poczuciu klęski pomieszanej z przerażeniem.

     Podczas podróży postacie spotykają wiele osób, wiele z nich nastawionych jest przychylnie. Właśnie na to zwróciłam uwagę, ponieważ w życiu nie zawsze zdarzają się ludzie prawi i dobroduszni. Wielu z nich jest bezwzględnymi kłamcami, gotowymi rzucić się na kogoś tylko i wyłącznie z powodu obietnicy sławy, jaka mogła czekać po złapaniu tak poszukiwanych osób. Aczykolwiek i tu nie doznałam wrażenia znużenia, bowiem koniec końców doczekałam się tego, na czym tak mi zależało.

     Przechodząc do strony graficznej książki, muszę dodać, że niezmiernie podobało mi się to wydanie. Wiele razy wydawcy starają się dodać na okładkę jak najwięcej elementów, co niweczy poczucie zagadki będące głównym bodźcem skłaniającym czytelnika do sięgnięcia po daną pozycję. Natomiast w Numerach jest zupełnie inaczej, bowiem biała obwoluta z pozoru nie jest zdobna, lecz przyglądając jej się z pewnej odległości niechybnie dojrzymy numery ją zdobiące. Zupełnie niczym u Jem, z pozoru ukryte w głębi duszy, ostatecznie uwidaczniają się w rzeczywistości poprzez słowa. Co do tekstu, nie jestem w stanie nic mu zarzucić. Wiele razy zdarzało się, iż czytałam coś, co miało masę błędów interpunkcyjnych i literówek, skutecznie odwracających uwagę od akcji, a w ostateczności niepozwalających dokończyć lektury. W Numerach nie znalazłam niczego, do czego byłabym skłonna postulować. Wszystkie litery były dodrukowane (nie zatarte), a i miały odpowiedni rozmiar, co stanowiło miłą odmianę po małej czcionce, jaką często spotykam w starszych dziełach, a mimo to nie potrafię się od nich odwrócić.
Kamienie zawierały fakty: data urodzenia, data śmierci. Numery były w porządku - to słowa niepokoiły: Zasnął. Spoczął w Panu. (...) Odszedł do lepszego świata. (...) Czy to pobożne życzenie, wiara czy przekonania...? Gdybym ja projektowała nagrobek, wytarłabym trzy ostatnie słowa. Zostawiłaby tylko: Odszedł. To było pewne. Czy ktokolwiek na sto procent wie coś więcej...?
     Raeasumując, polecam Numery autorstwa Rachel Ward, osobom raczej w młodszym wieku. Niektórym może przeszkadzać podejście Jem, która jest narratorką tekstu, do pewnych spraw. Wnioskując po niektórych przemyśleniach, jest ona dojrzała jak na swój wiek, a mimo to nie przysposobiła sobie mojej sympatii. O wiele bardziej utożsamiałam się z ekscentryczną babcią Pająka. Jeśli jednak nie jesteś całkowicie pewien, czy przeczytać tę powieść, to zrób to. Lepiej samemu przekonać się, czy jest dla ciebie, niźli coś stracić. Ja za chwilę zacznę drugą część, która podobno jest nieco lepsza od pierwszej. Z tego też powodu z chęcią przystąpię do lektury, będąc świadomą, że to dopiero preludium tego, na co mogę liczyć w późniejszych tomach.

* cytaty pochodzą z Numerów Rachel Ward

     Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

!!! Myślę o zrobieniu konkursu, tylko nie wiem, jakie powieści lubicie. Zatem na północnym wschodzie bloga znajduje się ankieta. Mam nadzieję, że klikniecie, dzięki czemu będę mogła choć w niewielkim stopniu dopasować do was nagrodę. !!!

sobota, 10 września 2011

Piotr Rowicki - Fatum



Autor: Piotr Rowicki
Tytuł: Fatum
Wydawnictwo: Oficynka
Ilość stron: 230

     Przyznam, że o samym autorze niewiele słyszałam. W zasadzie śmiało mogłabym rzec, że zupełnie go nie znałam przed przeczytaniem Fatum. Tak więc skoro jest to pierwsze spotkanie z twórczością autora, który zasłynął z pisania dla młodzieży, a w dodatku z Polakiem, a tych twórczość nieczęsto mam przyjemność czytać. Zapewne to wina tłumaczeń z coraz to większym szturmem zalewających półki wydawnicze, pod którymi to książkami się uginają, z chęcią przystąpiłam do lektury powieści autorstwa P. Rowickiego. Gdańsk, jakiego nie znacie -  te słowa skutecznie zachęciły mnie do sięgnięcia po tę pozycję. Nadzieja na wciągającą, w dodatku lekturę przedstawiającą czasy, które niezmiernie mnie intrygują, jawiła się wyraźniej z każdą wertowaną stroną.

     Fatum, to zbiór dziesięciu opowiadań kryminalnych, które mają jeden wspólny element - akcja każdego dzieje się w Gdańsku. Uwielbiam czytać o tym mieście, które podczas baroku spełniało niezwykle ważną funkcję, przez co wiele nacji zamieszkiwało ów tereny, a niestety nie miałam przyjemności na lekturę zarówno ciekawą w wykonaniu, jak i ogólnym zamyśle fabuły. Tutaj, przyznam, że zupełnie jak we wszystkich zbiorach opowiadań, zdarzały się teksty i lepsze, i gorsze. Aczykolwiek przeważają te pierwsze i to na nich zamierzam się skupić w mojej recenzji.

     Zbiór opowiadań napisany jest lekkim językiem, do którego każdy z łatwością się przekona. Nie oznacza to jednak, że powieść jest przez to mniej wartościowa, bo jest wprost przeciwnie. Może nie ma tu zbyt wielu słów o brzmieniu archaicznym, lecz teksty pokazują Gdańsk takim, jakim był. Bez zbędnego patosu, a groteską. Bohaterowie mają cechy, którymi po dziś dzień wielu ludzi się szczyci. Z łatwością utożsamiałam się z postacią Ketela, zastanawiając się, co też zrobiłabym, gdybym znalazła się w sytuacji takiej jak on. Nie przychodziło mi do głowy żadne rozwiązanie, a raczej były na tyle absurdalne, iż nie brałam ich na poważnie. Mimo to odnalazłam w tak odmiennej od początkowych przypuszczeń historii pewną dozę znajomości, jak gdyby dopiero po przeczytaniu opowiadania wszelkie fakty ułożyły się w spójną całość. Właśnie to najbardziej mnie uwiodło w opowiadaniach autorstwa Piotra Rowickiego - nieoczekiwane zakończenie. W zaledwie połowie, może nawet było to nieco mniej, tekstów domyśliłam się, czym się zakończą. Uważam to za dość duży sukces, bo niewielu pisarzy potrafi zaskakiwać czytelnika. Zwłaszcza, że swojego czasu byłam miłośniczką tego typu lektur, zatem koleje losów zwyrodnialców lub ofiar nie były mi obce.

     Reasumując, polecam Fatum każdemu, kto ma ochotę przeczytać o dobrze wykreowanym świecie, bo chociaż nie zdążycie wyrobić sobie ostatecznego osądu o postaciach, które prędko się zmieniają, to zanurzycie się w historiach, które mogły wydarzyć się naprawdę. Autor pokazuje, że dawne dzieje to nie tylko pięknie ubrane damy, których zapach nie był zbyt miły dla zmysłu powonienia, ale coś więcej. Coś, o czym musicie sami się przekonać. Zatem jeśli macie ochotę na tego typu literaturę, to sięgnijcie po tę powieść. Nie ważne, czy do waszych zainteresowań należy historia, czy po protu tego typu opowieści. Z pewnością dobrze wykorzystacie czas, zagłębiając się w lekturze Fatum.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Oficynka, za co serdecznie dziękuję.

!!! Myślę o zrobieniu konkursu, tylko nie wiem, jakie powieści lubicie. Zatem na północnym wschodzie bloga znajduje się ankieta. Mam nadzieję, że klikniecie, dzięki czemu będę mogła choć w niewielkim stopniu dopasować do was nagrodę. !!!

czwartek, 1 września 2011

Danuta Noszczyńska - Pod dwiema kosami

Autor: Danuta Noszczyńska
Tytuł: Pod dwiema kosami
Wydawnictwo: SOL
Ilość stron: 318

     Co przywodzi wam na myśl okładka? Mi sielankowe wakacje dumnego męża z przykładną żoną. Sęk w tym, że ani tytułowy Marian nie jest ideałem, ani jego żona, bo choć zawsze spełnia małżeńskie powinności najlepiej jak potrafi, to nigdy nie zdoła zadowolić małżonka.

     Pod dwiema kosami napisane jest językiem często niepoprawnym, ale za to jakże pasującym do Mariana - głównego bohatera, z którego perspektywy przedstawiane są poszczególne wydarzenia. Chociaż początkowo nie podobał mi się ten zabieg, z czasem się do niego przyzwyczaiłam, a nawet zrozumiałam, że jest tu niemalże konieczny. Gdyby nie on, powieść nie miałaby tego specyficznego klimatu, jakim emanuje. Zaś co do głównej postaci mam same obiekcje. Wprost nie sposób polubić wiecznie dyrygującym bliskimi mężczyzny, w dodatku znajdującego oraz pewnego, iż rzeczone czyny są słuszne. To uświadomiło mi, zresztą taki był zamysł autorki, że wśród nas również żyją tacy ludzie. Dzięki temu powieść nabrała zupełnie odmiennego charakteru, ponieważ miałam wówczas wrażenie, że czytam zapiski człowieka z krwi i kości, który bytował lub nadal żyje nieopodal nas.

     Danuta Noszczyńska zabiera nas w podróż pełną retrospekcji. Zawitamy w życie Mariana, uważanego za dobrego człowieka, pomocnego, kiedy wymaga tego sytuacja (np. chęć zdobycia żony) oraz immoralistę. Książka została naznaczona niebywałym humorem oraz ironią, której nie sposób wyczuć spomiędzy stron. Muszę przyznać, że początek nieco mi się dłużył. Być może wpływ na to miał fakt, iż nie jestem przyzwyczajona do tego typu literatury. Zazwyczaj sięgam po pozycje, w których autor używa patosu, bądź są fantastyką, a tam niemalże wszystko jest nieprawdopodobne. Tutaj natomiast znalazłam się zupełnie gdzieś indziej. Sięgam po książki, aby odwiedzić miejsca nie będące miejscami mojej codziennej tułaczki, a tu nie dość, iż stanęłam oko w oko z sąsiadem, to jeszcze akcja dzieje się w Polsce. Lubię czytać o ojczyźnie, ale w tej powieści przywodzi mi na myśl szary świat, chociaż nie wiem czemu. Czy miało na to wpływ zachowanie męża Apolonii? Czy zazdrość jaką darzył wszelkie dobrodziejstwa dotykające bliźnich? Natomiast zakończenie, a przynajmniej jego część niezmiernie mnie zaskoczyła. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że pisarka szykuje dla czytelnika tak niespodziewany finał.

     Na uwagę zasługuje również wątek dotyczący sąsiadów oraz samego Mariana, który darzył tych ludzi niezmienną nienawiścią osnutą goryczą, że mają to, do czego on przez całe życie dążył. Te niesnaski, nie dość, iż poprowadzone żartobliwym tonem przez zainteresowanego, zostały rozwinięte w niemożliwie osobliwy sposób. Owszem, uważniejszy czytelnik dostrzegłby wcześniej, co mogło się wydarzyć potem, ale jako że traktowałam tę powieść jako lekką lekturę nie wymagającą zaangażowania, specjalnie ku temu się nie wysilałam. Chyba to właśnie dlatego tak bardzo skonfundowało, a zarazem zaintrygowało mnie to wszystko. Żywiłam nadzieję, iż zostanie napisane trochę więcej w tym kierunku, ale cóż, widocznie nie można mieć wszystkiego, bo książka zaraz się skończyła. Nawet tego nie zauważyłam. To tylko dowodzi, jak wciągającą pozycją jest Pod dwiema kosami.

     Od zapisków Mariana Żywotnego nie oczekujcie jednakże podniosłych idei, chociaż znajdzie się tam niejaki morał. Jest to raczej miła rozrywka na jeden wieczór. Nie zapadnie wam głęboko w pamięć, lecz pozwoli ukazać w całej krasie człowieka oraz jego wady.

     Reasumując, polecam Pod dwiema kosami autorstwa Danuty Noszczyńskiej osobom pragnącym chwili wytchnienia i zanurzenia się w świat zabarwiony drwiną jak i pogardą (ponieważ taki stosunek miałam do Mariana). Pozwoli wam zrozumieć mentalność niektórych ludzi, wejść do ich umysłów, a także może dać sposobność ku zrozumieniu i wybaczeniu ich błędów. Ktoś, kto oczekuje czegoś na miarę Dostojewskiego, nie odnajdzie się w prozie Noszczyńskiej, lecz nie należy odrzucać tej pozycji tylko z tego powodu. Warto dać jej szansę, nawet jeśli nie przepadacie za tego typu literaturą.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od portalu nakanapie.pl, za co serdecznie dziękuję.

środa, 31 sierpnia 2011

Radosław Sikora - Niezwykłe bitwy i szarże husarii

Autor: Radosław Sikora
Tytuł: Niezwykłe bitwy i szarże Husarii
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Ilość stron: 192

     O Hustarii chyba każdy z nas słyszał. Łopoczące na wietrze skrzydła, postrach jaki siali wśród wrogów oraz niebywała werwa, z jaką przystępowali do kolejnych bitew. Ja sama z wielką chęcią słucham opowieści o dawnych czasach, toteż sięgnęłam po powieść R. Sikory, wierząc, iż będzie idealnie oddawać klimat, jak i wydarzenia w tamtych czasach.

     Po pierwsze, na uwagę zasługuje niewątpliwie przyciągająca wzrok okładka. Widzimy na niej zbrojnego jeźdźca z biało-czerwoną flagą. Utrzymana jest w wyglądzie starej fotografii, która przywodzi na myśl dawne, niekiedy urokliwe wspomnienia. Tak i jest teraz, bowiem nie jedna wygrana walka przysporzyła Polsce powody do dumy. Podoba mi się, że grafik nie silił się na gloryfikowanie postaci, ukazując je w pełnej patosu walce. Ta obwoluta jest wieloznaczna, a zarazem pobudzająca wyobraźnię.

     Co do samej treści, to nie mogę się wiele wypowiedzieć. W książkach o tematyce innej niż historyczna wywlekałabym defekty, bądź też zalety, tu nie mogę. Wiadomo, że to, co było zostało już ustalone, więc dopowiedzieć również nie potrafię zbyt wiele. Wypowiem się za to o przystępnym stylu autora. Nie dość, że poszczególne bitwy są zobrazowane w sposób trafiający do najbardziej odpornego czytelnika, to jeszcze mamy wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli w wydarzeniach przedstawionych w powieści. Nie mówię, iż jest to tak jak w innego typu literaturze, ale w dużej mierze z łatwością przyszło mi odnalezienie się w pełnym chwały nastroju następującym po zwycięstwie. Być może sprawił to tylko i wyłącznie fakt, że we wszystkim staram się dopatrzyć się pierwiastka nierealności oraz zachwytu.

     Podróżowanie przez koleje losów Husarii ułatwiają czytelnikowi zamieszczone w środku ryciny. Wielu z nich nie miałam przyjemności wcześniej obejrzeć, toteż z niebywałym animuszem przystąpiłam do wertowania kolejnych stronic, podróżując między słowami a obrazami. Dodatkowo niezmiernie spodobały mi się mapki, które są wydrukowane na takich stronach, aby nie trzeba było przewracać zbyt wielu stron, by do nich dotrzeć. W zasadzie spokojnie śledziłam tekst, bez wysiłku zerkając przy tym na miejsca wydarzeń. Dowiedziałam się dzięki nim wielu istotnych faktów. Moja fantazja różniła się nieco od niezbitych dowodów na miejsce bitew, dlatego też tak cieszę się, że później odpowiednio umiejscowiłam miejsca wydarzeń.

     Reasumując, Niezwykłe bitwy i szarże Husarii, przypadną do gustu niemal każdemu czytelnikowi. Nie ważne czy jesteś pasjonatem historii, czy po prostu poszukujesz informacji do pracy szkolnej. Bez wątpienia tu odnajdziesz to wszystko, a nawet więcej. Zastrzegam jednakże, iż pisarz we wstępie dodał, że osoby, których wiedza w tym kierunku jest minimalna, przeczytały książkę Z dziejów Husarii.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Instytutu Wyd. Erica, za co serdecznie dziękuję.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Nowości oraz zapowiedzi

26 VIII 2011
Fatum to zbiór dziesięciu gdańskich pereł kryminalnych Najczarniejsze z czarnych, humor, makabra, groteska prosto z barokowej „Wenecji Północy”. W rolach głównych ludzkie namiętności oraz plejada odszczepieńców i zwyrodnialców. Szaleństwo, zbrodnia w afekcie, morderca o skłonnościach poetyckich. Dwór Artusa i podłe spelunki. Port i Wyspa Spichrzów. Zamtuzy i kościoły. Rajcy, kupcy, marynarze, złotnicy i wampiry. Ktoś nastaje na życie Heweliusza? Ktoś sprzedaje podejrzane pomarańcze? A wszystkich łączy niezwykłe miejsce. Oto Gdańsk, jakiego nie znacie. Czas zmierzyć się z demonami przeszłości. Poznajcie nowe oblicze miasta nad Motławą. 


 9 IX 2011
Ich odwaga zawstydzała najdzielniejszych mężczyzn.
Wojna to z pozoru męska sprawa. Zmienia jednak kobiece losy tak samo mocno, jak męskie. Jak żyć w czasach, gdy własne wesele kończy się aresztowaniem przez gestapo, gdy tylko bliski poród wstrzymuje wykonanie wyroku śmierci, gdy powodzenie zadania wymaga nawiązania romansu z wrogiem? Jak zachować kobiecą wrażliwość, gdy wokół panuje okrucieństwo, przemoc i niesprawiedliwość? Gdy najmodniejszym dodatkiem staje się biało-czerwona opaska, a w torebce, obok szminki i lusterka, trzeba schować pistolet?


7 IX 2011
Pierwsza książka nowej serii autorki „Wywiadu z wampirem”!
Bestseller „New York Timesa”!

„Pokuta” to hipnotyzująca powieść o aniele i płatnym mordercy. Metafizyczny thriller, który przeniesie Cię do trzynastowiecznej Anglii. Fascynująca i prowokująca książka o winie i przebaczeniu, miłości i nienawiści, samotności i pięknie.
 

  
19 IX 2011
Mam na imię Ellie. Nie jestem już tą samą dziewczyną, która mieszkała z rodzicami w Wirrawee. Nikt z nas nie jest już taki sam. Boimy się, ale jesteśmy silni i nie tak łatwo nas złamać. Nie chcemy być martwymi bohaterami. Wydaje mi się, że w obliczu niebezpieczeństwa będziemy musieli robić rzeczy naprawdę straszne. Ale nie wiem, jak daleko możemy się posunąć, żeby ocalić najbliższych. I czy będę w stanie kochać kogoś, kto nie zawahał się zabić? Choć nadciąga chłód, jutro może być naprawdę gorąco. Jutro to fenomen. Seria otrzymała kilkadziesiąt nagród w Australii, Stanach Zjednoczonych, Szwecji i Niemczech.


Są to zapowiedzi oraz nowości znalezione na stronach wydawnictw. Wszystkie te książki przeczytałam albo mam zamiar to zrobić. Wprost nie mogę się doczekać, aby sięgnąć po prozę Anne Rice. Pamiętam, że kiedyś uwielbiałam Wywiad z wampirem, więc liczę, że Pokuta również przypadnie mi do gustu. Jednak jeśli ktoś nadal ma obiekcje, czy warto przeczytać powyższe pozycje, to zajrzyjcie do moich recenzji, będących pochlebnymi. Miłego wieczoru pośród kartek (lub innej części dnia/nocy). :D

niedziela, 28 sierpnia 2011

Łukasz Modelski - Dziewczyny wojenne

Autor: Łukasz Modelski
Tytuł: Dziewczyny wojenne
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 300

     Wojna, to słowo każdy doskonale zna, niektórzy ją przeżyli. Konkluzje nasuwają się same; jedne bardziej, drugie mniej adekwatne, jednak wszyscy widzą w niej główny problem - śmierć. Czai się na każdym kroku, gotowa zagrozić życiu oraz sponiewierać duszę. Mali chłopcy bawią się w bitwy; rzucają do siebie kamieniami, strzelają z procy, ale jak w tym wszystkim ma odnaleźć się kobieta? Na to pytanie odpowie wam książka Łukasza Modelskiego, bowiem w jego powieść nie opowiada, zresztą jak wiele o tej tematyce, o dziarskich mężczyznach, lecz o niepozornych kobietach, które idealnie przystosowały się do tych trudnych czasów.

     Z rosnącym entuzjazmem podchodziłam do dzieła Ł. Modelskiego. Lubię czytać o II Wojnie Światowej, a to, co wynikało z opisu zamieszczonego na okładce stanowiło niejaką innowację. Niemalże zawsze sięgałam po pamiętniki, ale były one albo prowadzone z perspektywy ukrywających się  Żydówek, bądź też mężczyzn działających w AK. Tutaj jest coś zupełnie innego. Nie dość, że poznajemy losy Polek, to jeszcze działają one w obronie ojczyzny. Pozbywają się zahamowań, by pomóc bliskim. Wyruszają na nieznane terytoria, chociaż nie wiedzą, co je tam czeka. A wszystko to w imieniu? Właśnie; czego? Miłości? A może poczucia spełnionego obowiązku patrioty? Jedno jest pewne: tacy ludzie przyczynili się do tego, iż dzisiejszego dnia nasza ojczyzna jest wolna. Jedenaście kobiet, jedenaście innych historii, które pomimo kontrastów łączą się ze sobą. Z zapartym tchem śledziłam losy bohaterek. Niekiedy wzruszałam się do głębi, innymi razy miałam ochotę krzyczeć z bezsilności. 

     Dziewczyny wojenne zostały napisane w narracji 1. os., i choć nie jestem jej wielbicielką, to tu pasowała idealnie. Powieść prowadzona jest zwięzłym, oszczędnym językiem. Autor nie używa zbędnego patosu, bo i wojna go nie ma. To tylko potęguje wrażenie prawdziwości. Wiele razy nie potrafiłam utożsamić się z postaciami przedstawionymi w dziełach literackich z prozaicznych powodów: niektóre były zbyt nierealne, a inne nie wpasowały się w czasy, w których przyszło im żyć. Aczykolwiek tu nie miałam podobnych problemów. Akcja toczy się wartko, a końcowe wyjaśnienie, co działo się później z przedstawionymi w książce kobietami niweluje uczucie niedosytu mogące narodzić się po ostatnim zdaniu danej opowieści.

     Pisarz przygotował się do przedstawienia tak trudnego tematu, jakim jest wojna. Rozmowy z H. Cieszkowską, M. Grodzką-Gużkowską i Barbarą Matys-Wysiadecką, jak i autobiografie pozwoliły stworzyć ów dzieło z należytym szacunkiem dla zmarłych osób, a także tych, które nie zostały tu opisane. Miałam wrażenie, iż za tymi imionami kryją się także inne osoby. Przecież wiele było podobnych Magdalen, które nie zostały opisane i popadły w zapomnienie. Dzięki tej powieści pamięć o nich, bohaterskich dziewczynach, może przetrwać.

     Podsumowując, gorąco polecam Dziewczyny wojenne każdemu. Nie ważne, czy historia należy do waszych zainteresować, czy też nie. Książka niesie ze sobą prawdy moralne, a także niewyobrażalne bohaterstwo. Zmuszone do tego, by przekroczyć tę cienką granicę między dorosłością a byciem dzieckiem, postaci stają się dla czytelnika bliskie i niemalże dojrzewają pod jego okiem. Przechodzą z stadium marzeń o jeździe na łyżwach do szarej rzeczywistości, odsłaniając to, co kryje się za kotarą wspomnień.



Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Bernard Cornwell - Ostatnie Królestwo

Autor: Bernard Cornwell
Tytuł: Ostatnie królestwo
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Ilość stron: 544


     Niewielu autorów jest w stanie przekazać w powieściach historycznych wydarzenia zarówno intrygujące, jak i zgodne z prawdą. Z tym nie miał problemu autor Ostatniego Królestwa, pierwszego tomu cyklu pt. Wojny Wikingów. Cornwell nie tylko przekazuje w łatwy sposób fakty najazdu Duńczyków na Anglię, ale dodatkowo opisuje je w dość ciekawych okolicznościach. W dowód uznania dla twórczości otrzymał Order Imperium Brytyjskiego. Ponadto w krajach anglosaskich uchodzi za jednego za najbardziej poczytnych autorów książek historycznych. Już sam ten fakt może wiele powiedzieć o jego książkach, bo skoro pod wrażeniem jest tak wielu ludzi, to z pewnością zasługują one na uwagę.
     Głównym bohaterem Ostatniego Królestwa jest Uthred, syn Anglika, a jednocześnie jeniec Duńczyków, chociaż to, czym się szczyci w tej społeczności jest sprzeczne z tą funkcją. Gdyż pod opiekuńcze skrzydła przyjął go Ragnar, który nie dość, że jest zaprawionym w boju wojem, to w dodatku szczyci się niebywałym poczuciem humoru, na co gł. postać często zwraca uwagę. Jednak eldorman nie wzbudził we mnie całkowitej przychylności. Nie wiem, czy sprawił to sposób jego sposób bycia, czy nieco infantylne zachowanie w pewnej sytuacji. Chociaż temu pierwszemu nie mam nic do zarzucenia. B. Cornwell wykreował Uthreda na dziarskiego młodzieńca, który nade wszystko darzy sympatią swego opiekuna. Pomimo że ten zabił jego brata, zaczyna być dla niego swoistego rodzaju przyjacielem, a w dużej mierze ojcem, który go nie zbywał wiecznie, gdy zadawał pytania. Sam Ragnar jest kompletnym przeciwieństwem rodziciela, który był oschły i oszczędny w uczuciach. Może to z tego powodu chłopiec począł darzyć takimi względami mężczyznę? Moim zdaniem ta postać jest dobrze wykreowana, choć niekiedy czegoś mi w niej brakowało.
     Niezmiernie spodobał mi się styl autora. Zazwyczaj w powieściach tego typu spotykamy się z fachowym słownictwem, które dla zwykłego czytelnika, niezaznajomionego głębiej z historią, stwarza niejaki problem. Natomiast tu spotykamy się z wyrazami przystępnymi dla wszystkich, a zarazem będącymi niewielką odskocznią od tego, co można spotkać w dzisiejszej literaturze. W Ostatnim Królestwie nie znajdziemy zbytniego patosu bądź też przesady w rozległych opisach. Wszystko jest ukazane z umiarem, aczykolwiek nie umniejsza to w żaden sposób przekazu, a rzekłabym, iż jest wprost przeciwnie - wzbogaca go. Chociaż muszę przyznać, że czasami wolałabym przeczytać nieco więcej o bitwach toczonych między wrogami, jak i również samym sposobie fortyfikowania się muru tarcz. Mimo to nie mam więcej jakichkolwiek zastrzeżeń; książkę czyta się szybko, a przy tym przekazuje ona wiele istotnych treści.
     Na uwagę zasługuje okładka dzieła Cornwella. Widzimy na niej zaprawionego w boju woja, którego twarz zasłania hełm. Myślę, że jest to pewne nawiązanie do tego, wokół czego toczy się akcja książki. Przecież Ulthred pragnął być takim człowiekiem, jakim był jego opiekun. Zarówno może to symbolizować to, co jest znamienne w pierwszej części, a zarazem przewija się przez dalsze losy bohatera - czyli wojnę. Nie jest ona przedstawiona jako główny temat, bowiem w dużej mierze to dokoła zwykłych ludzi toczą się najbardziej ważkie wydarzenia, co tworzy kontrast. Pomimo niebezpieczeństw, życie dalej płynie spokojnym rytmem, zabarwiając się pewnymi chwilami szkarłatną barwą.
     Podsumowując, polecam Ostatnie Królestwo osobom mającym ochotę na miły odpoczynek z intrygującą lekturą. Pomimo mojej niechęci do głównego bohatera, z chęcią śledziłam losy Duńczyków, jego przyjaciół oraz wrogów. Niektóre postacie szczególnie przypadły mi do gustu i chciałabym przeczytać o nich coś jeszcze. Dlatego pocieszył mnie fakt, że seria Wojny Wikingów ma mieć kilka części. Jedna z nich, Zwiastun burzy, jest już w sprzedaży w Polsce. Ja z całą pewnością jeszcze nie raz sięgnę po pozycje autorstwa tego autora, bo nie dość, że są interesujące, to jeszcze ułatwiają przyswojenie sobie wiedzy o dawnych czasach.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Instytutu Wyd. Erica, za co serdecznie dziękuję.